Dawno nic dla Was nie napisałam. Mimo moich bardzo stanowczych planów ewidentnie nie było mi po drodze na bloga. Czemu? To już pewnie niedługo wyjaśnię. Tymczasem po nowinkach kosmetycznych i modowych w poprzednich postach tu i tu, czas bym wróciła do tematów podróżniczych. Wspomnienia z Zanzibaru i Dubaju czekają sobie jeszcze grzecznie, teraz chcę powrócić do Sardynii, o której zaczęłam pisać tutaj. Moment jest idealny , ponieważ dopiero co wróciłam z majówki z wymarzonej od dawien dawna podróży po Toskanii i okolicach, więc jestem zupełnie zatopiona we włoskim klimacie. Aczkolwiek od razu zaznaczę, że Sardynia , którą zaraz zobaczycie oferuje trochę inny sposób spędzania czasu niż w Toskania.

Co można robić w nieturystycznym regionie Sardynii?

Pisałam w poprzednim poście, że prowincja Carbonia-Iglesias to totalnie nieturystyczne miejsce, nie uświadczycie tu tłumów ludzi, McDonaldsów, modnych centrów handlowych, czy nawet małych sklepów dla turystów na ryneczku portowego miasta. Nie ma hoteli, nie ma biur oferujących wycieczki. Przy plażach znajdziecie raczej kempingi i działeczki z domami. My jednak się nie nudziliśmy w przerwie od kitesurfingu. Ze względu na położenie przez Sardynię przetoczyli się Fenicjanie, Punici, Rzymianie, Arabowie, Aragończycy, Hiszpanie… więc wyspa podlegała zmianom, po których wciąż są pozostałości.

Jeżeli lubicie historyczne miejsca, to znajdziecie tu kilka muzeów, zabytkowych miasteczek, kościołów i nuraghów (których na całej wyspie jest aż 7000). Jeżeli lubicie morze i opalanie, to znajdziecie w tej okolicy mnóstwo pięknych plaż. Jeśli lubicie dobrze zjeść, w Porto Botte znajdziecie restaurację bardzo wysoko cenioną na Trip Advisorze. Jeśli lubicie chodzić po grotach, to wybór w okolicy Villarios jest dosyć duży. Okolica ta również słynie z kolarstwa.

Sant’Antioco

Niedaleko od Villarios , bo niecałe 20 km znajduje się wysepka o powierzchni 120km połączona z Sardynią groblą , wybudowaną jeszcze przez Kartagińczyków. Głównym ośrodkiem wyspy są miasteczka portowe Sant’ Antioco oraz Calasetta. Główne miasteczko Sant’Antioco rozwinięte nad morzem na zboczu wzgórza, było jedną z najstarszych kolonii fenickich na Sardynii ( 7 w. p.n.e.),  potem centrum rzymskim, a później muncypium zwane Sulci.

W mieście znajduje się kilka stanowisk archeologicznych: fenicko-punicki tophet, nekropolia Punica, paleochrystiańska bazylika z dołączonymi katakumbami, muzeum etnograficzne, muzeum bytes. W głębi lądu gminy znajdują się ważne pozostałości archeologiczne: groby gigantów, domus de janas oraz nuraghi z widokiem na morze.

Wyspę odwiedzaliśmy w sumie 2 razy. Za pierwszym razem zwiedziliśmy miasteczko, za drugim odwiedziliśmy jedną z plaż na wyspie , następnie udaliśmy się do portu w Calasetcie skąd promem popłynęliśmy na wyspę San Pietro. O tym napiszę w kolejnym poście.

Bazylika i katakumby

W samym Sant’ Antioco pierwszy raz byliśmy 3 maja. Jak zobaczycie na zdjęciach miasto było zupełnie puste. 2 dni wcześniej na Sardynii odbywały się obchody święta na cześć współpatrona Cagliari Sant’Efisio. Dzięki temu bez trudu odnaleźliśmy Bazylikę w położonym najwyżej miejscu w mieście, idąc śladami pozostałych na ulicy kwiatów i ozdób po procesji. Gdyby nie było akurat śladów procesji, to najłatwiej trafić w to miejsce idąc z portu cały czas via Giuseppe Garibaldi, a następnie via Margherita. Z góry roztaczają się urocze widoki. Tuż obok bazyliki znajduje się ciekawe muzeum etnoraficzne oraz wioska Ipogeico, ale niestety tego dnia były zamknięte, więc nie przekażę wrażeń ze środka.

Mieliśmy również nadzieję zejść do katakumb pod kościołem i to się udało. Trzeba uważać by nie trafić na godziny nabożeństwa, wtedy wejście jest niemożliwe, gdyż do katakumb schodzi się bezpośrednio z wnętrza małego kościółka.

Wejście kosztuje kilka euro dla dorosłego, dla 4 letniego dziecka za darmo. Nie mieliśmy przewodnika, po prostu wpuszczają do środka i samemu się porusza po katakumbach, które składają się z kilku sal. Było trochę creepy. Ciekawe doświadczenie zwłaszcza dla „młodzieży”, która lubi historię o duchach.

Po katakumbach szybko zasililiśmy baterie filiżanką espresso i lodami. Ruszyliśmy znów w dół, w poszukiwaniu miejsca gdzie można zjeść obiad. Udało nam się zjeść obiad blisko portu, co nie było takie oczywiste, bo we Włoszech obowiązuje sjesta i drugim razem w Sant’Antioco nie mieliśmy tyle szczęścia, została możliwość zjedzenia kanapki. Uwaga! W małych miejscowościach jak ta obsługa nie mówi po angielsku. My nie władamy włoskim, ale mieliśmy szczęście, ponieważ kelnerka średniego wieku bardzo chciała nam pomoc zrozumieć co możemy zjeść, więc jakoś się udało dogadać.

Promenada wzdłuż morze, tuż obok portu.

Promenada przy brzegu morza, na przeciwko portów.
Sant’Antioco w deszczu .

Na zdjęciu mam kombinezon H&M, sandały Dee Zee, kapelusz HatHat

Wkrótce napiszę o sąsiadującej wysepce San Pietro. Pytania i komentarze mile widziane 🙂

Miło znów tu wrócić.