Okres przedświąteczny bywa gorący. Znaleźć i kupić idealne prezenty,  przytachać 20 kg jedzenia ze spożywczaka, potem gotować, sprzątać po gotowaniu, wysprzątać i przystroić dom, przystroić siebie. U mnie już praktycznie wszystko gotowe, więc znalazłam jednak chwilę na napisanie. Chciałabym z Wami podzielić się sprawdzonym przepisem na pyszne pierniczki(bardzo lubię je robić i potem na nie patrzeć 😉 oraz trochę wyżalić, bo spotkała mnie dzisiaj przykra akcja.

Miałam dzisiaj ambitny plan dla odmiany poświęcić chwilę dla siebie, żeby sprawić sobie przyjemność i odpocząć. Marzyło mi się przedłużenie moich połamanych paznokci i zrobienie jakiegoś wykozaczonego malowania. Tydzień wcześniej umówiłam się na wizytę na godz. 13:00, zarezerwowałam 3 godziny w salonie, żeby mieć wszystko zrobione jak należy. Nigdy wcześniej nie byłam w tym salonie i nie miał on też żadnego regulaminu, cennika, ani ocen na stronce na fejsie, ale spodobały mi się prace manikiurzystki na zdjęciach. Poza tym salon mieści się w modnej dzielnicy Wilanów, więc pomyślałam, że zaryzykuję ;). Oj, jak bardzo się jednak rozczarowałam 🙁 . Jak na złość przed godz. 13 jakieś gigantyczne korki w mojej okolicy i spóźniłam się 15 min. Biegnę z fury z wywalonym językiem nie mogę trafić pod odpowiednie wejście w budynku, więc dzwonię do salonu i od razu też przepraszam,  a tam słyszę, “ale Pani się spóźniła 20 min  i już inna Pani umówiła się na 14, mówię,”ale ja jestem pod salonem”… Pani w słuchawce mówi: ” przykro nic z tym nie zrobię, o 14 jest następna klientka”…  Chodziłam w życiu do różnych salonów, ale taka akcja mi się nie zdarzyła.
Weszłam do salonu oczywiście, przeprosiłam za spóźnienie i poprosiłam, aby wizyta odbyła się zgodnie z planem, krótsza o te już 20 min, zwłaszcza ze są święta jutro, to mogłaby okazać trochę zrozumienia i takiej życzliwości chociaż na te święta. Że umawiałam się dużo wcześniej na tę wizytę, aby się nie denerwować, że teraz nigdzie już nie zdążę pójść naprawić paznokci, że jestem chora i korki jakieś niebotyczne, że chcę zapłacić te 200 zł za porządną usługę,to chyba nie powinna tak wywalać klientki, ale recepcjonistka była nieubłagana, z łaską powiedziała, że mogą mi pomalować paznokcie do 14:00.
Dla mnie to jest niedorzeczne, aby bez telefonu do klientki tak bezmyślnie odwołać jej 3 godzinną wizytę, w ciągu 15 min spóźnienia i w to w taki dzień, a recepcjonistka na to, że nie mają do mnie numeru, poza tym spóźniłam się 17 min wg. niej… !!! Tym bardziej się wkurzyłam, bo numer podawałam przy rezerwowaniu wizyty, a baba na to, że to ktoś inny mnie zapisywał,a ona u siebie numeru nie ma. Ogólnie poczułam się jak klient z łapanki po prośbie. Z relaksu i pięknych paznokci nici, stracony czas na dojazd tam i z powrotem, a przede wszystkim rozczarowanie, że postawiłam na ten salon.

Zdarzało mi się w życiu spóźniać i zawsze jest telefon od salonu, no i wiadomo, że jeśli są wizyty umówione jedna po drugiej, to tracę część czasu do momentu następnej klientki. Często też zdarzało mi się, że ja czekałam i moja wizyta się opóźniała, bo poprzednia klientka się przedłużała, ale zawsze odbywało się to za obopólną zgodą. Jeszcze inna sytuacja byłaby, gdyby salon miał swój regulamin i uprzedzał klientkę, że jeśli spóźni się 15 i nie zadzwoni w tym czasie, to musi liczyć się z przepadnięciem wizyty, ale tutaj nic takiego nie było. Byłam tylko kilka minut w tym salonie, cała rozmowa(raczej awantura, bo myślałam, że rozniosę ten salon) odbywała się w ich 15 m2 salonie, gdzie były 2 fryzjerki, manikiurzystka, recepcjonistka i ze 3 klientki. Czułam się jak debilka :(,a wychodząc życzyłam babie życzliwych ludzi z większym zrozumieniem na jej drodze, nie takich jak ona.
Na pocieszenie kupiłam sobie w Sephorze lakiery, żeby sobie samej pomalować te połamane pazury i pomyślałam: pieprzyć akcję… , no i nie testować niepewnych salonów przed ważną okazją. Do końca dnia jednak poprawiłam sobie humor ogarniając wszystko inne na Święta jak trzeba i uspokajając się przy dekorowaniu pierników. Od 3 lat na każde Boże Narodzenie piekę bezglutenowe pierniki i bardzo lubię je dekorować. Przepis jest bardzo prosty i wykonanie również, dlatego jeśli ktoś kiedyś chciałby skorzystać z przepisu, to dzielę się nim z Wami, jednocześnie przesyłając moc serdeczności na Święta, z przesłaniem: okazujmy sobie czasem bezinteresownie zrozumienie i otaczajmy się dobrymi ludźmi. :*

Przepis poniżej:
Na około 40 szt ( ja zawsze robię podwójną porcję, bo ciasteczka są bardzo lekkie i można zjeść ich dużo więcej niż tradycyjnych)

  • 140 g cukru trzcinowego ( lub ksylitolu, czy innego zdrowego słodzidła)
  • 60 g klarowanego masła ( może być zwykłe)
  • 2 jajka
  • 85ml miodu
  • 200 g mąki gryczanej
  • 150 g mąki kasztanowej lub kukurydzianej, albo po prostu 300 g gryczanej w totalu( pierniki mogą mieć posmak gryki wtedy, co nie każdemu będzie smakować)
  • przyprawy: 2 łyżeczki zmielonego cynamonu, 1/3 łyżeczki gałki muszkatołowej, 1 łyżeczka mielonego imbiru, 1/2 łyżeczki mielonego kardamonu, 1/2 łyżeczki mielonych goździków, 1/3 łyżeczki czarnego pieprzu, 1/4 łyżeczki anyżu, lub torebka przyprawy do pierników
  • płaska łyżeczka sody
  • mąka do podsypywania przy wałkowaniu
Masło podgrzewamy w garnku i mieszamy z cukrem, aż do rozpuszczenia, wyłączamy ogień i lekko studzimy. Dodajmy miód i przyprawy, znowu dokładnie mieszamy, następnie jak masa jeszcze trochę przestygnie dodajemy do niej jajka i łączymy. 
Do dużej miski przesiewamy mąki i sodę. Od razu dodajemy masę miodową, nie trzeba czekać, aż przestygnie i mieszamy np. mikserem ręcznym na początku a potem zagniatamy rękami, gdyż będzie to bardzo gęste ciasto, jak glina trochę.
Teraz najlepiej zawinąć ciasto w folię, żeby nie wyschło i schłodzić, żeby stężało. Jak nie masz miejsca w lodówce, to w zimę spokojnie można wystawić za okno ( ja tak robię 😉
Schłodzone ciasto rozwałkowywać cieniutko partiami, podsypując mąką, bo będzie się kleić, wycinać ulubione kształty i piec na blasze wyłożonej papierem do pieczenia w 180st. około 10 min.
Po ostudzeniu można udekorować wg. upodobania. 

Ja robię lukier wg. tej receptury:
1 białko jajka miksuję na średnich obrotach dodając po łyżce cukru-pudru, sprawdzając czy cukier się dobrze rozpuścił, żeby na języku lukier był gładki. Gęstość reguluję na oko, czasem wystarczą 4 łyżki cukru-pudru, czasem 6. Lukier nie może ubić się na zupełną pianę, ale powinien zwiększyć objętość, aż nie będzie leisty, tylko ciągnący. Na koniec do smaku dodaję łyżkę soku z cytryny i trochę aromatu waniliowego. Dekoruję woreczkiem foliowym z tylką, można też samym woreczkiem, na rogu należy zrobić maleńką dziurkę, która spełni rolę tylki. 

Wesołych, spokojnych i smacznych Świąt. Mam nadzieję, że widzimy się po 😉